CODZIENNE FRUSTRACJE, DOM, PRACA, DZIECI, MAŁŻEŃSTWO, DWIE KOBIETY W LISTACH DO SIEBIE
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Kadaz_7@gazeta.pl
Teksty kadaz są nasze i nie życzymy sobie powielania ani kopiowania bez naszej zgody
Ulubione
poniedziałek, 21 maja 2012
Gzery

"Gzer"- termin Zatroskanej. Pozwól, że przybliżę czytelnikom co kryje się pod tym Twoim pojęciem. Gzer jest bezużytecznym przedmiotem, który zajmuje miejsce, przestrzeń oraz zbiera kurz, natomiast obecność gzera zauważamy ( mniej więcej) raz na 3 lata. W gzery obrasta się stopniowo, a stosunek emocjonalny do gzera rośnie wprost proporcjonalnie do czasu jego przechowywania.
Gzerem np jest mój flet podłużny, który zakupiłam 2 lata temu z silnym postanowieniem powrócenia do uprzyjemniania czasu bliskim pitoleniem. Ani razu po niego nie sięgnęłam, ale za każdym razem, gdy go chcę wypieprzyć on do mnie mówi.."No daj spokój dziewczyno...Chyba mnie nie wyrzucisz? Byłem drogi, a może jeszcze kiedyś zagrasz? Nie śpiesz się z decyzją. Poleżę jeszcze na półce, przetrzesz mnie ścierą do kurzu raz na kwartał i będzie git". Gzerem jest również paskudna porcelanowa żaba w kolorze orange kwalifikująca się do sklepu - "Wszystko za oiro". Według jej dawcy ma przynieść mi szczęście, ale mam podejrzenia, że zamiast czynić swoją powinność stoi na półce i się opierdala.
W tą sobotę zainspirowana książką "Sztuka Prostoty" pewnej francuzeczki, która spędziła połowę życia w Japonii, postanowiłam uporządkować przestrzeń wokół siebie.Uporządkowanie polegało na wypieprzeniu połowy rzeczy z półek. Nie było to łatwe, bo gzery ostro oponowały używając argumentów poniżej pasa "Jestem pamiątką z Turcji. Pamiętasz, jak mnie ciągnęłaś w plecaku?","Ty niewdzięcznico - jestem prezentem od Małża. Jak mnie wyrzucisz będzie mu smutno!!! ","Może się i nie przydam, ale czyż nie kosztowałem 200- set złotych?!!"
Dałam radę. Moje półki wyglądają ładnie. Myślę jednak, że porcelanowa ryba z Bieszczad eksterminowana z  kuchennej ściany mi nie wybaczy.....
Chyba rzeczywiście tak jest, że jak człowiek nagromadzi śmieci, to w pewnym sensie żyje bardziej przeszłością niż teraźniejszością. Miło jest powspominać minione wydarzenia, ale tak naprawdę wszystko, co mam jest w mojej głowie. Im człowiek starszy, tym więcej gromadzi.Obawiam się, że z tym tempem gromadzenia gzerów, które miałam do tej pory skończyło by się nie tylko na słoikach z włosami pod kanapą ( z wpisu "Mieszkanie staruszka").....Od jakiegoś czasu dojrzewała we mnie myśl, że rzeczy zniewalają, zagracają, terroryzują, a to przecież tylko kawałek polipropylenu, drewna itp. To, co się liczy jest gdzie indziej - we łbie i butelce dobrego trunku wypitego w dobrym towarzystwie. Może zabrzmiałam trochę  jak "dziecko światła", ale jeszcze nie rozdaję dobytku bezdomnym i nie jadę do Indii medytować.
Polecam książkę "Sztuka prostoty". Dobra pozycja - szczególnie dla pań, choć jest napisana w nieco podkurwiającej konwencji poradnika typu "Kup codziennie jednego tulipana a Twoje życie będzie lepsze". Babka ma jednak dużo racji, w tym co pisze.

Alex

P.S Zatroskana, pod wpływem tego wpisu nie waż się wyrzucić koszyczków do szklanek!!! To inna historia.To nie gzery, ale dzieła sztuki :))))

niedziela, 20 maja 2012
"Wish you were here"

Słuchaj. Pink Floyd, "Cosmo" i zbożny seks zupełnie zmiękczyły mnie w niedzielny wieczór...

"The same old fears.
Wish you were here. "

I żurawina w cudownym drinku M&S. Niewiele rzeczy może się z tym równać..Co to był za weekend...

Alex

sobota, 19 maja 2012
Ruchacz maratończyk

Tekst gościnny. Autorce dziękujemy. Publikujemy.

Zjawisko jest dość powszechne. Zawiązuje się akcja. Po 15 minutach a może wcześniej ona kończy robotę i opada zemdlona na łóżko. On szoruje dalej. Coś tam czuje, ale ciągle za mało żeby móc zakończyć robotę i spokojnie zapalić papierosa. Szoruje mocniej. Ona leży jak wór kartofli na wznak z oczami wbitymi w sufit. Podziwia zaschnięte komary z zeszłego roku. Czeka na grande finale. 20 minut. W myślach układa jutrzejszy dzień i podejmuje decyzję czy najpierw jechać do kerfura a potem do rosmana czy może odwrotnie. Może odwrotnie. Żeby z tymi siatami się nie tłuc za długo. Tak właśnie zrobi. Głowa zaczyna jej się wysuwać poza krawędź łóżka. 25 minut. Ileż można szurać? - zadaje w myślach pytanie, na które przecież zna odpowiedź. Długo. Jeszcze chwila a wykrzesa ogień tym szuraniem. Nawilżanie skończyło się przecież jakieś 15 minut temu! Leży dalej. Zapomniała rozwiesić pranie! - przypomina sobie nagle z nadzieją, że może jeszcze nie zapleśniało w pralce i da się w tym jakoś chodzić. Przestaje zwracać uwagę na sprawy toczące się nad nią. Co by tu jutro na obiad... Nagle czuje silne pieczenie w kroku i niemalże smak lateksu na języku. To on. Wykrzesał wreszcie tą iskrę i dopycha po same jaja w spazmie rozkoszy. Nareszcie! 35 minut. Voila!  

Ruchacz maratończyk to wbrew pozoru częste zjawisko. Nieprawdaż? 

Pyza

piątek, 18 maja 2012
Degustacja.....

To miała być kulturalna degustacja wina.Odwaliłam się jak szczur na otwarcie kanału i wytoczyłam artylerię - czyli moje czerwone szpile 10 cm. Zaczęło się niewinnie.Człowiek podchodził od jednego stanowiska do drugiego. Degustował, kręcił kielonem, oceniał barwę i wciągał aromat.Towarzysko - typu "rasowe charty" w płaszczach Burberry oraz koszulach Ralpha Laurenta srało się niewątpliwą znajomością napitków.Tak było przez godzinę.Potem dospawaliśmy się do stanowiska, gdzie polewał pan austryjak. Polewał i polewał a my piliśmy. Potem było stanowisko słoweńskie, gdzie z panem omówiłam zjawiska krasowe na Słowenii i wyznałam, że kocham Słowenię, chodź wieki temu spędziłam tam może 1 dzień. Na ten czas już chwiałam się na szpilach (ale te suki były niewygodne) i rozwiązał mi się język. Hiszpańskie szampany Cava polewało prawdziwe zjawisko o zgrabnej dupci, tygodniowym zaroście oraz w nonszalancko rozpiętej koszulce.To było coś takiego, co można by przelecieć na zimnym kamieniu. Nie smakowała mi ta Cava, ale trzeba było pić ze względu na urodę pana.
Degustacja zakończona.Opuściłam Bussiness Centre Club wisząc na ramieniu kolegi. Potem zebrało się na zwierzenia, więc poszliśmy do knajpy na piwko.
Wieczór skończyłam dzisiaj o 3.00 spacerując ze szpilami w ręku w podziemiach metra i oganiając się od jakiegoś nigeryjskiego studenta. Byłam tak nastukana, że dałam mu nr telefonu, więc spodziewam się niebawem sms-ów, że chciałby mnie ruchnąć czy coś takiego. Jestem zażenowana swoim zachowaniem. Nie poszłam do pracy i dzwonił już kiero i szyderczym tonem zapytał czy się dobrze bawiłam....Mam moralniaka. Jestem upadłą kobietą. Uwalić się w środku tygodnia..ale z drugiej strony dziś są moje imieniny.....
Alex

----------------------

Jak zwykle nie pamiętałam... Sto lat! 

yours 4 ever

Zatroskana




czwartek, 17 maja 2012
matura

Maj. Siedzę w sali od polskiego. Na ścianach czarno-białe portrety pisarzy i poetów. Uśmiechają się. Byron patrzy mi prosto w oczy. Przede mną ławki. Za mną szafy. Siedzę w ostatniej ławce. Jak zwykle. Patrzę za okno. Kasztany dostały wiosennego pierdolca. Za tydzień matura. Baba od polskiego ubrana jak Cristal Carrington czyta jakiś wiersz i wczuwa się jak zwykle za bardzo. Słucham jej i nie słucham bo oto właśnie uzmysłowiłam sobie, że przecież ja nic nie umiem. A za tydzień matura. Obok siedzi koleżanka. "Słuchaj Ty już wszystko umiesz?" - pytam się jej z nadzieją na przeczącą odpowiedź. "Żartujesz? przecież za tydzień matura. Oczywiście, że umiem. Tylko jeszcze sobie raz przeczytam..." Kurwa. A ja nic. Nie zdam, to oczywiste. Baba od polskiego wstaje ze swojego krzesła i podchodzi do mnie.

- Długo mam jeszcze czekać na odpowiedź?! Zadałam Ci pytanie.

- pytanie?! Pani profesor, przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć?

- Za tydzień matura a ty siedzisz rozkojarzona. Nie zaliczyłaś jeszcze pracowni z chemii analitycznej, nawet tygli nie wyprażyłaś do stałej masy, nie mówiąc już o oznaczeniu molibdenianów w środowisku niewodnym!

- O czym pani mówi, przecież ja już mam dyplom ukończenia studiów, jaka matura? Jakie tygle?! Czy was wszystkich popierdoliło?!

- Wyjdź z klasy! Nie będziesz dopuszczona do matury!!

I wtedy zazwyczaj się budzę. Rozglądam po pokoju i rozważam odmówienie ze dwóch zdrowasiek w intencji mojej skołatanej duszy.

Zgadnij Alex co mi się dzisiaj śniło...Kiedy ja wreszcie zdam tą cholerną maturę w tym cholernym śnie?!

Zatr  

------------------------------------------------

Widzisz, ja cały czas siedzę w ławce w podstawówce i zastanawiam się co tam robię, gdyż skrawki świadomości podsuwają mi informacje, że właściwie jestem starą dupą.Ale siedzę w tej ławce i patrzę na oś współrzędnych z naniesionymi jakimiś punktami.Ławka ciśnie kolana, dupa spływa z siedziska, ale żadne z dzieciaków zdaje się nie zauważać, że jestem "inna". Siedzę i boję się, że zaraz zostanę wywołana do tablicy i będę musiała liczyć pole kola opisanego na trójkącie.....To jest jeden z moich najgorszych koszmarów.

Alex

 

środa, 16 maja 2012
Uzależnionka i obsesje
 Wiesz, chyba jestem alkoholiczką .Jest taki drink w puszce M&S "Cosmo". Cudowna rzecz z wódką i żurawiną. Ostatniego drinka wypiłam 9 godzin temu - właściwie dwa drinki. Dwie puchy tego eliksiru klepią bardzo zacnie. Zaczynam rozumieć alkoholików. Najgorsze jest to, że nigdy nie lubiłam wódy, ale Cosmo to co innego. To jest smaczne i właśnie choroba A  pewnie się tak właśnie zaczyna. A może oni coś tam sypią co uzależnia? Zakupiłam też miętę, którą z uporem maniaka hoduje na kuchennym parapecie. Po co? Do mojito. Mam fantazję na temat mojito z prawdziwą miętą, a nie jakimś gównianym syropem, który w smaku przypomina płyn do płukania ust. Nie wiem. Może po prostu wpadniesz i poalkoholizujemy się razem? Ktoś mi musi pomóc to dźwignąć - w trosce o moje zdrowie.
Drugim nałogiem jest kupowanie sukienek na e-Bay-u.Ostatnią sukienkę kupiłam dziś o godzinie 5.44 czasu środkowoeuropejskiego. Znalazłam takie cholerne miejsce w necie, gdzie sukienki można kupić za bezcen i to był mój gwóźdź do trumny. Żeby to dziadostwo nie było takie tanie, to mogłabym się powstrzymać, a tak - nie da rady. Mam już sukienki na różne okazje - nawet taką do trumny kupiłam. Skromną, za kolano , ale z ładnym dekoltem. Nie wiem, czy ktoś będzie chciał mnie oglądać w sosnowym pudełku, ale jakby chciał zerknąć, to będzie miał miłe odczucia estetyczne przynajmniej jeżeli chodzi o outfit.
A propos  samoświadomości jestem osobą obsesyjną. Jak mi coś siądzie na łeb to koniec. Miałam tak od dziecka. Już jako 5-latka musiałam mieć równo wywinięte rękawy od swetra - co do centymetra. Sprawdzałam "równość" wywiniętych rękawów 1000 razy dziennie - podczas zabawy, łażenia po drzewach, siedzenia na klopie. Jak jeden rękawek nie spełniał specyfikacji plus, minus 1 mm rozpętywałam piekło. Wtedy trafiłam po praz pierwszy do dziecięcego psychologa.
Teraz jest już coraz gorzej.......Jakbym miała opisywać moje obsesje to wyszła by z tego druga Britannica....

Alex



wtorek, 15 maja 2012
Hałas

Kurwa. Miałam natchnienie. Chciałam napisać o czymś zupełnie innym, ale nie mogę się skupić w hałasie. Leżę sobie na swojej kanapce Beddinge z IKEI w pozycji "szezlongowej" a tu, pod moim oknem na chodniku siedzi bachor - na oko około 5 lat i napierdala ile sił w płucach. To nie jest płacz - to jest klasyczne egzekucyjne darcie ryja. Wyglądam przez okno - 20 metrów dalej stoi tatuś i pisze sobie sms-ika na telefonie. Bachor drze ryja przez dobre 15 minut- tatuś nie reaguje. Mam ochotę otworzyć okno i krzyknąć, żeby zabrał tego pasożyta spod mojego okna - może do swojej  chaty i tam słuchał tego darcia. Nie robię tego, bo to przecież TYLKO dziecko, a tatuś jest zmęczony, zrezygnowany i bezsilny. Chuj mnie to obchodzi. Umoczył pałę to niech zrobi coś z dzieciakiem. Denerwują mnie rodziciele, którzy traktują darcie bachora w miejscach publicznych jako coś normalnego. Idę do knajpy - mam ochotę się zrelaksować, a tu z wózka obok dobiegają ultradźwięki od których mój rdzeń nerwowy wpada w rezonans. Pytanie " Co mają w takim razie zrobić rodzice? Zrezygnować z życia z powodu dziecka?" Odpowiedź brzmi "Gówno mnie to obchodzi". To jest ICH problem nie mój. Mogą wyjść ze skunksem na zewnątrz i czekać aż się uspokoi lub iść do McDosa i wrzucić go do basenu z piłkami (choć osobiście polecałabym z wodą i jeszcze łeb przytrzymać pod powierzchnią). Nie po to lepię plastry any i narażam swoje zdrowie, żeby słuchać wrzasków i to nie moich dzieci.
Nie rozumiem co się dzieje, że w naszym pięknym kraju nie zwraca się uwagi na "zaśmiecanie" przestrzeni hałasem.Tak!! Zaśmiecanie hałasem!!! Niedziela godz. 9.00. Sąsiad wyciągnął dwukołowiec, stoi przed garażem i piłuje silnik. Ja, wyrwana z fazy SEM, nie wiem co się dzieje. Naloty dywanowe, ostrzał artyleryjski, uciekać, chować się? Albo jak jakiś kutas jeździ po mieście zdezelowanym Subaru Impreza (Ferrari polskiej wsi) z podziurawionym tłumikiem - dla bajeru. Łeb odpada od hałasu, ale fiut jedzie z fasonem. Wszyscy się patrzą skąd ta napierdalanka - a tu Voile!!! Drezyna ze spoilerami rodem z " Miami Vice". Gdzie jest w takich sytuacjach policja ja się pytam? Mnie zatrzymują za niezapięcie pasów, a taki chuj na kaczych łapach jeździ bezkarnie. Albo pies sąsiadów - ratlerek pierdolony- wyje 12 godzin dziennie. Impreza w sąsiadów - jebanie beatu i około pierwszej - drugiej w nocy ryki jeleni w czasie godów... "Legia królem jest"
Moim zdaniem to, że ludzie hałasują doskonale odzwierciedla jacy jesteśmy considerate w stosunku do innych.Mentalność zaściankowego szlachciury. Ja robię swoje, a jak się innym nie podoba to mają problem. Ja nie mogę funkcjonować w hałasie. Myślę, że ludzie nie zdają sobie sprawy jaki ma wpływ na samopoczucie i nerwy.

Alex

poniedziałek, 14 maja 2012
Co w życiu jest najważniejsze - odc.1

Dziś rozpoczynam serię felietonów pt. „Co w życiu jest najważniejsze”

 Odcinek 1 – kupa.

Mówcie sobie co chcecie ale jeśli chodzi o wydalanie to jestem jak przeciętny facet – czerpię z tego przyjemność. A jeśli warunki mam odpowiednie i sprzyjające czerpię w dwójnasób. Podobnie mój Małż. Podsrywa z lubością zbytniego frasunku sobie nie czyniąc. Dziecię nasze wspólne niejednakowoż cierpi pod tym względem katusze. Los niewdzięczny sprawił, że dnia pewnego dziecię klasycznie i zgodnie z dziecięcą tradycją narobiło sobie w majty. A że nie miało natenczas pieluchy złapało się za ufajdaną pupę i dobyło fragment urobku. I tu kończy się szczęśliwe dzieciństwo moi drodzy dziwkoczytacze i dziwkoczytaczki a zaczyna się walka o wypróżnienie. Mała boi się kupy. Jakby bała się, że oto traci jeden z koniecznych do życia organów. Powstrzymuje się wszystkimi dostępnymi siłami. Płacze, skacze wokół nocnika, stęka, trzęsie się i ucieka. Ani prośbą, ani groźbą, ani obietnicą złotej góry i całodniowej sesji na osiedlowej zjeżdżalni nie przekonasz. Mała się boi. W nocy budzi się i płacze. Za dnia ściska pośladki i lata rozdrażniona. Kupa jest zła, kupy się nie robi, kupa mieszka w brzuchu a poza tym jest bleee… Szczerze mówiąc takie zjawisko to dla mnie zupełne nowum. Ze sraniem nie ma żartów. Puk, puk czy czyta nas jakiś dziecięcy psycholog? I coś mi poradzi może? Zaiste jestem w czarnej dupie tzw. macierzyństwa (cyt. Frustratka).      

 Zatroskana

-------------------------------------------------

Ja zdecydowanie przedkładam kupę  nad wszystko inne. Nie ma nic lepszego od dobrego klocka - nawet sex wypada blado. Przyjemne uczucie po dobrym wysprzęgleniu może trwać godzinami. Nie wiem dlaczego dla większości jest to temat tabu. Może to jest tak, jak z sexem. Wszyscy sie gżą, ale kupno prezerwatyw ciągle jest obarczone ryzykiem delikatnego niepokoju. Współczuję Młodej - to musi być prawdziwa mordęga.

Alex

Samoświadomość
No właśnie. Jaka jestem "naprawdę"? Jacy wszyscy jesteśmy "naprawdę"? Zawsze mnie zastanawia, dlaczego niektórzy ludzie paprzą się w swojej psychice próbując dojść do jakiejś głębokiej, niewidocznej okiem gołym ani uzbrojonym prawdy o sobie? Może chodzi o to, że każdy, mimo że na co dzień nie chce wyskakiwać przed szereg, ma jakąś potrzebę bycia "wyjątkowym"? Różnie ludzie sobie z tym radzą. Jedni chodzą do wróżek i specjalistów od regulacji czakramów, żeby usłyszeć, że wcale nie są stworzeni do napierdalania cyferek przed kompem, ale do np.uzdrawiania ludzi, rzeźbienia w drewnie lub innych niepospolitych rzeczy. Inni ograniczają się do rozwiązywania durnych testów w kolorowych gazetach, w których pytania są tak oczywiste i tendencyjne, że dupa się marszczy po przejściu przez pierwsze dwa akapity. Pod koniec ambitnego testu możesz poczytać sobie "prawdę" o sobie. Jesteś taki, sraki, owaki, lubisz orzechy włoskie i jazdę na nartach. Kobitki latają do wizażystek, żeby usłyszeć, że są np. Panią Zimą, Wiosną, że mają piękne oczy i że dupa jest ich atutem itp. Jeszcze inni zakładają ciuchy '70, okulary w oczojebnych oprawkach i na Powiślu popijają "Ciechana" miodowego, chcąc by zaliczeni do świata hipsterów, co właściwie chuj  wie co ma znaczyć.
Albo psychologowie. Jak jest wyjątkowo dobry wyciruch to potrafi tak człowieka zajebać, że po paru sesjach pacjent zastanawia się jak ma na imię i czy może bez pytania specjalisty iść się wysrać.
To dobrze, że ludzie zastanawiają się nad sobą i drążą temat. Znaczy, że myślą. Wciąż uważam niestety, że 80% społeczeństwa to bezrefleksyjne kołtuny zajmujące się tylko żarciem, sraniem, kupowaniem w marketach i pilnowaniem, żeby swoją drezyną znaleźć się na światłach 2 metry przed Tobą.
Tak się tylko zastanawiam czy człowiek myślący potrzebuje tych wszystkich doradców z dupy? Czy człowiek nie wie sam, co jest dla niego najlepsze? Kto ma wiedzieć najlepiej co masz myśleć, czuć ? Jakiś wypłoch od regulowania czakramu dupy i głowy, mamusia, psycho?
Ja mam ochotę założyć kółko na rzecz samoświadomości. Trzeba zrobić rachunek sumienia - uświadomić sobie przede wzystkim swoje słabości i powiedzieć  "Chuj z tym. Jestem Taki/Taka i inna nie będę". Nie walczyć z tym, nie marnować energii. Szkoda życia. A jak się komuś nie podobam to wyjazd.
Alex
 
 Od rana przesladuje mnie "More than this" by Roxy Music ;)))
 
 
piątek, 11 maja 2012
Praga

Praga jest inna. Dołem brudne dzieciaki i zapach moczu. Górą nie otynkowana cegła i ślady po kulach. Bazarki. Dziuple z nie wiadomo czym. Rymarz, naprawa parasolek, mechanik, oprawa obrazów, kebab, galeria, fryzjer, kuśnierz, części do maszyn, firany, suknie ślubne, warzywniak, bar "nokaut". Tu jest po prostu wszystko. Ci ludzie nie są warszawscy. Są starowarszawscy i prości. Wóda i zgrycha to słowa klucz. Tu rodzi się dzieciaki i je chowa bez marnowania czasu na wychowanie. Tu baby robią sobie łeb u Irenki na rogu a chłopy palą przynajmniej paczę dziennie. Stragany na bazarkach są proste jak ich właściciele. Marchewka, pietruszka, ziemniaki. Za straganem baba - olbrzym odważa ogórki i pyta się czy masz koper bo jak nie to dołoży wiąchę. Obok starszy pan nad wiadrem z konwaliami. Cały jego majątek. Trochę plastiku i kwiatki z działek pracowniczych na Targówku. Usmiecha się do ciebie i po prasku zachwala swój towar.

- konwalijki dla szanownej pani...

-po ile te konwalie?

- po 3 złote.

- a co sobie będę żałowa. Urodziny miałam i nikt mi nie kupił. To sama sobie kupię...

- jak ja bym wiedział to bym kupił. - podaje mi bukiecik i puszcza do mnie perskie oko. Niech ma te 3 złote. Nie opodatkowane, wydane na przyjemność raz w roku. Lepiej jemu niż w supermarkecie.

Praga jest nie zadęta, zaprosi na wódkę i da w mordę. Opluje cię w bramie i pogada w kolejce na poczcie. Praga jest inna. Śmierdząca, brudna, zwykła jak wieprzowe parówki i schabowy, poliestrowa, z najnowszymi dzwonkami do nokii i z butelką piwa w ręku. Praga jest powiatem i wielkim miastem. Praga jest po prostu inna.

Zatr

To dobrze, bo jak się uda to właśnie tam będę mieszkać. Jeszcze troche i Praga będzie siedliskiem warszawskiej bohemy. To taki warszawski Montmartre.

Alex

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39